Nie będę narzekać. Ale… Nie zniosę tego więcej!

189001_kobieta-liscie-smutnaKolejne miesiące, jak spisane przez kalkę. Kolejny dyżur – niemal ta sama gama emocji. Kolejne nieprzespane noce – i znów analogia. Czasem mam nieodparte wrażenie, że monotonia życia dopadła mnie na maksa, choć paradoksalnie żyję pełną parą. Mocniej, intensywniej już się nie da. Naprawdę. Mając w miesiącu trzydzieści, plus minus – dyżurów, średnio po dwanaście godzin – nie powinnam mieć czasu na myślenie o sobie, o kolejnych samotnych minutach życia, bez męża… ale nic bardziej mylnego.  To tak mocno, głęboko tkwi we mnie, że po prostu stało się mną. Nie umiem tego lepiej wytłumaczyć, ale by to opisać obrazowo, przesiąknęłam żałobą, smutkiem, przybierając jednocześnie tak doskonale uformowaną maskę, że aż się dziwę, że udaje mi się  - chyba mogę tak to nazwać – oszukać znajomych, a nawet rodzinę. 

Wiem, wiem, tym wpisem nieco się obnażę… Ale sądzicie, że zdołam słowami opisać tę pustkę, tę wściekłość, te poczucie doznanej krzywdy, niesprawiedliwości, które drąży moją duszę, umysł od ponad osiemnastu miesięcy? To się mylicie. Nie ma takich słów. A jeśli są to ja ich nie znam.

Nadal pracuję pełną parą. Angażuję się. Staram się być niemal wszędzie, i zawsze… Myślę tu oczywiście o pracy, o dyżurach.

Od niedawna pracuję również na SOR… ale wierzcie mi, aby to czego tam doświadczam, na co patrzę, z czym muszę się zmierzyć… opisać, nie zdołam w tym krótkim wpisie… To jest materiał na kolejny, i to bardzo obszerny.

Uciekłam w pracę, uciekam od samej siebie… uciekam od bólu.  Co dziwne w tej ucieczce każdego dnia, na każdym dyżurze konfrontuję swój własny ból z innym. Niemal oko w oko… ze śmiercią. To tak  jakbym każdego dnia rzucała jej wyzwanie. Ścigam ją, by poznać jej oblicze… i poznaję. Za każdym razem jest ono inne…

Osiemnaście miesięcy temu miała ona oblicze Henryka, siedem lat temu mojej Mamy, Każdego dnia staję z nią w oko w oko… I już się jej nie boję.Nie gardzę nią. Nie unikam… Stała się potężną częścią mojego życia. Staram się jednak, by go nie zdominowała.

Każdej minuty dyżuru, no prawie każdej, zwłaszcza na SOR, nie tylko ja, cały zespół… usiłuje z nią wygrać. Wyrwać z jej szponów, choć jedno, tak ważne życie ludzkie. Ważne dla męża, matki, córki, syna… ważne dla nas wszystkich.  I często się udaje… Tylko na jak długo?

To jak walka z wiatrakami. Do cholery… dlaczego musimy być śmiertelni? A jeśli już, to Okey, ale na co te choroby, to niewyobrażalne cierpienie?

Czy widzieliście kiedyś człowieka, który z bólu aż się trzęsie? Jego ciało wpada w wibracje, oczy pulsują, usta drgają. Widać jak drży każdy mięsień, lub w oczach dostrzegacie takie przerażenie, łzy, że to was aż paraliżuje? Nie wiecie co powiedzieć, jako pomóc, jak pocieszyć? To nazywa się bezsilności. I tego uczucia nienawidzę. Nienawidzę czuć się bezsilna, jak w chwili, w której umierał mój mąż…

Dlatego walczę jak lwica, o każde życie, Dlatego biegam, jak pershing, jak mnie nazywają między łóżkami i zaglądam w oczy każdego pacjenta. Próbuję zapobiec temu co możne być, co może się stać. Bo ja nie chcę być bezsilna, chcę działać, lub przeciwdziałać temu, co może się stać.

I niech mi mówią, że mam „motorek w d…” 

Niech śmieją się, dobrodusznie,  i mówią o mnie również „czołg”, bo prę do przodu, i muszę mieć pewność, że mam nad wszystkim kontrolę. Naprawdę nie zniosę już tego uczucia bezsilności, bezradności. Tego cierpienia i łez w oczach umierającego człowieka.  Takiego samego jakie dostrzegłam w oczach Henryka…

Nie zniosę! Naprawdę. 

Opublikowano Bez kategorii | 1 komentarz

Kolejne dni… tygodnie, miesiące, lecz jeszcze nie lata.

… a szkoda, że nie lata. Może wspomnienie śmierci męża stałoby się mniej bolesne? Nie wiem. A tak… a tak turlam się przez życie, z pracy do pracy, od łez do łez. Czasem nie moich. Czasem rodzin pacjentów, którymi każdego dnia się opiekuję. Czasem zrozpaczonej matce, ojcu, mogę tylko z poczuciem wewnętrznej wiary, przekonania, mówić, że:

„będzie dobrze, że ich dziecko przeżyje”

A czy tak będzie? Nie wiem. Medycyna naprawdę bywa „bezsilna” jeśli chory chce żyć. Jak mawiał znajomy lekarz. Starszy jegomość, który w anestezjologii przepracował ponad 45 lat. On to dopiero ma doświadczenie…

Dziś na nocce opiekowałam się dziewczynką, która mimo próśb cioci wysiadła szybko ze złej strony samochodu, wprost pod koła nadjeżdżającego pojazdu. Czy to jej wina? Czy ciotki? Nie sądzę. Tak miało być, po prostu, tak było jej pisane. 

No własnie cóż to oznacza, że komuś jest coś pisane?

Czy to oznacza, że mojemu mężowi było pisane walczyć w bólach, cierpieć przez siedem miesięcy? Pokonywać każdej minuty z tych siedmiu miesięcy potężny ból i strach? 

A co mnie jest pisane? Póki co doświadczam tego współodczuwając ogrom cierpienia, czasem przerażenia, czasem bezsilności rodzin „moich” pacjentów.

A przecież i ja kiedyś byłam, w sumie nadal jestem, na ich miejscu. Każdego dnia, w każdej sekundzie usiłuję skoncentrować się na pomaganiu innym, by móc w pełni zagłuszyć własny ból, a i tak nie udaje się… I nie uda. Lecz o dziwo pozwala mi trwać. Bo świadomość, że jestem tak bardzo komuś potrzebna, naprawdę pomaga. I za to całym sercem kocham moją pracę, bo stawiając znak równości, choć brzmi to nieskromnie, po prostu rzeczywiście kocham ludzi. 

To nie patos, to fakt. Bywa, że ktoś mnie wkurza, ale czy ja kogoś również nie wkurzam? Czy i we mnie nie tkwi ziarno niedoskonałości, a może cały spichlerz  :lol:

Nie ma ludzi idealnych. Prawidłowo reagujących, myślących, pełnych miłości bliźniego. Bo tego uczymy się przez całe życie, a i tak umieramy niedoskonali. 

I mimo tego, kiedy odchodzi od nas ktoś nam bliski, zapominamy o wadach, sprzeczkach… Zapominamy to, co było wkurzające, a zapamiętujemy, i pielęgnujemy w sobie najpiękniejsze z uczuć – Miłość. 

Ta dziewczynka, walczy, jej bliscy wraz z nią również, inni chorzy analogicznie… i ja również walczę. Walczę z żałobą, smutkiem już od ponad osiemnastu miesięcy, a gdzie tu mówić o latach? Od śmierci Mamy Basi minęło niemal siedem lat… a mnie dalej boli… 

Odkryłam oczywistą prawdę, że lata nie mają tu znaczenia, znaczenie ma bowiem tylko miłość, jej siła i nasze zaangażowanie w uczucia związane z daną osobą. Im bardziej kogoś kochamy tym mocniej cierpimy… Choć do dziś dnia pamiętam kolegę z podstawówki, który się utopił… i mimo, że minęło ponad pięćdziesiąt lat, (trudno też mówić tu o mojej do niego miłości),to bywają dni, że naprawdę brakuje mi Tomka…

Śmierć nas okrada, w zamian nic nie dając, choć by oddać prawdę, idealnie nas obnaża… Naszą zdolność kochania… a potem latami każdego dnia pozwala nam na samoocenę, i zrozumienie, wraz z „regeneracją” siły… a wszystko po to byśmy znów nabrali chęci by żyć. 

Gorzej jest jeśli nasze życie, ot tak po prostu, się toczy, bez celu, bez nadziei na lepsze jutro, bez zdolności stworzenia czegoś kreatywnego. Gorzej jest, gdy pozwalamy śmierci zdominować nasze pragnienie trwania. Gdy pozwalamy się stłamsić cierpieniu, żalu, depresji… rozgoryczeniu.

Kto wtedy wygrywa? Ona, śmierć? Jej na nas nie zależy. Ona wie kiedy ma po nas przyjść. A co my ze swoim życiem do tego czasu zrobimy, to już nie jej sprawa… A nasza.

Więc żyjmy tak jakby tego pragnęli dla nas ci którzy odeszli. Ci którzy również nas bardzo kochają. Bo czyż my, na ich miejscu nie pragnęlibyśmy widzieć ich szczęśliwych? Czy moja mama lub mąż, babcia, dziadek, pragną bym zatopiła się w smutku? Bym dręczyła się wizją ich śmierci? Na pewno nie. To ich miłość do mnie, choć są już tam gdzie mieszkają Anioły, i moja do nich, ma być motorem napędzającym moje życie, i pozwalającym na regenerację, jakkolwiek to brzmi… Mam po prostu żyć… I cieszyć się, z tego że mam siły, chęci pomagać innym…

ŻE MAM PO PROSU CEL W Życiu…

bo nic gorszego nie ma nad jałowym bezpostaciowym życiem. To troszkę jak być zombi… jesteś, ale jakby cie nie było. Myślę, że akt życia polega na dawaniu, czasem braniu, ale musi być zachowana równowaga.

Życie to dar, którego nie wolno nam lekceważyć. BO czy, gdy matka, ktoś ci bliski, podarował ci prezent, piękny upominek płynący z serca… Czy wrzucisz go do kosza? Nie, postawisz na półce i będziesz się cieszyć… Więc jeśli takim podarunkiem dla mnie OD BOGA jest moje życie… muszę – używają metafory – „postawić je w zaszczytnym miejscu, na półce” – i cieszyć się nim… I dzielić…

Coś, co płynie z miłości, z miłością ma być przyjęte…

Nie turlajmy się przez życie, siłą rozpędu… a przeżyjmy je – PRZEŻYJMY NAPRAWDĘ! 

Czy to swoisty apel… nie, absolutnie, to tylko moja refleksja.

pobrane

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Wierzę, że w końcu coś się zmieni…

pieleg_660… Zmieni w postrzeganiu przez społeczeństwo zawodu pielęgniarki.

Na popularnym portalu społecznościowym, obserwując wpisy, pewnej pielęgniarki, Moniki, zaczynam pojmować, czytając komentarze, że coraz więcej osób podejmuje aktywnie dyskusje.

Zawód pielęgniarki anestezjologicznej, ta specjalizacja, praca na Oddziałach Intensywnej Opieki i Reanimacji, wymaga, od nas (bo i ja zaliczam się do tej grupy) niesamowitego wysiłku. Nie tylko umysłowego, ale i fizycznego.

Monika, w swoich mini felietonach, bardzo klarownie opisuje specyfikę pracy, nie zapominając, a raczej bardzo eksponując, to co w tej pracy jest najważniejsze… Czyli NAS, nasz potencjał, który każdego dnia, każdej godziny musimy przekładać na pracę. 

Opieka nad umierającym człowiekiem, patrzenie na dramat przez dwanaście godzin, wyczerpuje. Czasami sama zastanawiam się jak udaje mi się nadal śmiać, żartować… i nie zwariować od widoku umierających, konających w cierpieniu ludzi… a często i dzieci. 

Później, wracam do domu, zajmuje się – czymś tam – i udaję, że zapomniałam. A przecież nadal tkwią w mojej głowie obrazy… Twarz wykrzywiona w bólu. Monitory z krzywymi, liniami, które są wykładnikiem, kto i – czasem – jak długo jeszcze będzie żyć. Obraz roztrzęsionej rodziny. Przerażonych; matek, mężów, dzieci, stojących nad łóżkiem bliskiego… 

Jak mam po powrocie do domu, wziąć, i tak zwyczajnie, zacząć np. gotować obiad, czy robić pranie? A muszę. Przecież MUSZĘ żyć… dalej.

Naprawdę jest ciężko. Sama usiłują zrozumieć, jakie mechanizmy obronne uruchomiła moja psyche, że po 36 latach pracy na Erce, w pogotowiu i bóg wie gdzie jeszcze, nie zwariowałam. Że odciążona tymi obrazami, wspomnieniami, zdołałam z uśmiechem powitać na świecie synów, później ich wychowywać… (do tego zmagać się z własnymi życiowymi dramatami, jak dwa rozwody… potem śmierć matki, dwójki pasierbów, i po szczęśliwym, krótkim, trzecim małżeństwie, patrzeć na śmierć męża), i  każdego ranka, wracać na oddział, by stawiać czoło śmierci. I to z uśmiechem, bo przecież nie mogłam, i nie mogę, siąść obok chorego, wziąć go za ręce i wraz z jego bliskimi płakać… Musiałam, i muszę, być silna. Musiałam, i nadal muszę uruchomić w sobie siłę, wiedzę i dowagę by móc pomagać.

Jakże jestem dumna z tego, że JESTEM PIELĘGNIARKĄ ANESTEZJOLOGICZNĄ… NAWET NIE MACIE POJĘCIA. Dumna, i wdzięczna Bogu, że dał mi tę siłę. Że dał zdolność współodczuwania na najwyższym poziomie.

Czy to oznacza, że inni są „gorsi”?

Ależ nie. Każdy rodzi się z określonymi predyspozycjami… nie lubię tego słowa. Wolę określić to słowem DAR. Tak więc każdy rodzi się z określonym darem, ja  urodziłam się akurat z takim…

Tylko nie wiedziałam, jak ciężki jest to „kawałek chleba”.

Monika, w przeciwieństwie do mnie potrafi w sposób bardzo emocjonalny, a zarazem merytoryczny oddać cały ten trud zawodu, który potrafi być przytłaczający, a zarazem inspirujący, nie pozbawiony duchowości. Jej styl jest  lekki, choć opisujący dramaty, które są i naszym, pielęgniarek anestezjologicznych, udziałem. Nie tylko rodzin…

Kiedy czytam kolejny Jej wpis, uświadamiam sobie, że pisze dokładnie o mnie. Jakby siedziała w moje głowie… a po chwili orientuję się, że przecież i Ona jest pielęgniarką anest. i to od wielu, wielu lat… A więc MY, przedstawiamy jakiś model? Model zachowań, zdolności empatii, zdolności manualnych, intelektualnych… Czyli nieświadomie podlegamy schematom? Niesamowite. Pocieszeniem może być fakt, że wszyscy mniej lub bardziej świadomie „powielamy” schematy zachowań, myśli, działań. 

Wszystko więc jest powtarzalne… ot, po prostu jak w życiu;  śmierć, narodziny i akt umierania… 

A w niedzielę znów idę na dyżur. Dyżur, na którym minuta po minucie będę musiała zmierzyć się ze schematem śmierci… Ona też działa schematycznie. Tylko ludzkość nie zna jej modelu postępowania. Mówimy, że działa z zaskoczenia…

Czy jest jakiś sposób by nie dać się jej zaskoczyć? Owszem. Jest. Nie dawać jej sposobności by nas pokonała. Po prostu DBAĆ, naprawdę dbać, o zdrowie. 

Zapraszam na profil Moniki, i na inne portale, na których możecie spróbować zrozumieć, nas, nas pielęgniarki anestezjologiczne. 

„My, pielęgniarki nie jesteśmy z kamienia, też jesteśmy ludźmi”. List do redakcji

„U nas po nieudanej reanimacji rzucamy rękawiczki i zajmujemy się kolejnym pacjentem. Mój rekord pracy to 72 godziny z rzędu”. Z życia pielęgniarki

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Nie mam pomysłu… na życie. AZYL?

z19499518IER,Samotnosc-szkodzi-zdrowiu--nie-tylko-psychicznemuTo prawda, nie mam. Każdego dnia – schemat. Praca, dom, praca, a w drodze – zakupy. Zakupy? Zbyt wielkie słowo, skojarzenie. Pół chleba, lub trzy bułki. Gotowy obiad, najlepiej z Biedronki. Wędlina również, owoc, warzywo… i dwie paczki słonecznika. O tak, słonecznik… uwielbiam go. Później siedząc przed telewizorem dziobię, skubię, wygryzam kolejne ziarna, patrząc – trochę bezmyślnie – w TV. To mój relaks. Nie stać mnie na nic więcej. I w grę nie wchodzi tylko – zmęczenie… Raczej powiedziałabym bezsensowność trwania. 

Spacer z psem? nie, to nie jest spacer. To pies ciągnie mnie tam gdzie ma ochotę, a ja bezwolnie podążam za nim, również niewiele myśląc. 

Za to w pracy spalam mózg… Palą mi się zwoje. Pełna mobilizacja każdej, ale to dosłownie każdej komórki. I tak przez dwanaście, lub dwadzieścia cztery godziny, a potem wypuszczam powietrze…

Życie na ciągłym wdechu jest wyczerpujące. Zwłaszcza, jak poprzez takie tempo usiłujesz zdusić, stłamsić własne emocje. 

Trudne to – udawać, że wszystko jest OKI, gdzie nie jest. Gdzie dom sprawia, że odczuwasz ogłuszający, porażający ciszą ból.

Nieme ściany, za to wymownie krzyczy każdy skrawek materiału, odzieży które jeszcze nie tak dawno nosił twój ukochany.

Kurcze, wciąż nawet leży na półce maszynka do golenia, krem, woda toaletowa… i grzebień. 

Jak to wyrzucić? To przecież tak jakbym wyrzucała Jego. To ostatnie pamiątki istnienia.  I ten ślad – niemal niewidoczny – w rogu lustra… To wszystko zatrzymało czas. Jakby był tu przed chwilą. Jakby miał zaraz wrócić…

Tak, tak to na pewno ślad Jego palca – myślisz.

Zawsze, gdy się golił, gdy poklepywał twarz po nakropieniu wodą toaletową – a robił to tak energicznie – że ochlapane było nie tylko lusterko… Właśnie wtedy nieudolnie ścierał te ślady dłonią, a czasem niewinną kropeczkę usiłował zetrzeć po prostu palcem.

Tak, to na pewno Jego odcisk…

Odcisk palca, dłoni… ślady… wszędzie ślady. Pamiętam, jak dotykał mojej twarzy… ciała… 

Tak wiele odcisków, wspomnień, rzeczy… Jak mogę to wyrzucić? Siebie również?  przecież nie ma centymetra na moim ciele, którego by przez te lata nie dotykał… Intymne? Tak. Co w tym dziwnego? To normalne. 

Jedynie czego mi brakuje od tych osiemnastu miesięcy, to Jego głosu. Mam tak wiele, jednocześnie nie mając nic… Mam ślady, rzeczy.  Jego portfel z moimi i dziećmi zdjęciami. Karty do banków… tylko Jego… Jego już nie ma.

I brak słów. Jego słów. Dźwięków? Nie ma, nie ma nic… pozostała cisza. Cisza, która mnie tak dręczy. Przed którą wciąż uciekam… I nie ma schronienia. Nie ma azylu. Za to wszędzie jest – ból żal, tęsknota.  I ta pełna cierpienia = łez – miłość.

Miłość, która jest tak cholernie samotna. 

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Huśtawki nastroju

133600_r0_620Bywa, że w kieracie obowiązków udaje się zapomnieć to co w sumie – przyznaję uczciwie od ponad dziesięciu miesięcy usiłuję zapomnieć, czyli o akcie umierania męża. Lecz gdy tylko znajdę się w przysłowiowej luce wolnego czasu obraz ten wraca. 

Zresztą daleko nie szukać… moja praca również nie pozwala mi zapomnieć. Opiekuję się nieszczęśnikami, którzy bądź to na wskutek nieprzychylności losu, bądź na wskutek dokonanych przez siebie złych wyborów leżą obecnie na reanimacji, podłączeni pod respirator z zerowym stanem świadomości… i jak mam zapomnieć?

A mimo to – paradoks – udaje się. Działa mechanizm, który zmusza mnie abym nie koncentrowała się na sobie, lecz innych. Na ludziach, którzy balansują na cienkiej linii między życiem a śmiercią. Dziś, teraz, też tak jest. Zaraz rozpocznę dyżur… zaraz zapoznam się ze stanem pacjenta, którym będę się opiekować. I dzięki temu… kurcze, czy muszę stykać się z większym dramatem niż mój własny by zapomnieć? Wychodzi na to, że tak…

Mój podopieczny, pacjent, to młody mężczyzna… wpadł pod samochód. Niestety człowiek ten nadużył alkoholu, i wszedł na ulicę wtedy gdy jemu pasowało… nieważne były sygnalizacje. Czerwone światło. Patrzę na niego i zastanawiam się nad wyborami, których dokonał… tego nieszczęśliwego dnia, i w ogóle…w życiu. Czy fakt, że jest alkoholikiem, że rodzina miała go serdecznie dość, i wyrzuciła z domu, że należał do dość sporego grona, tzw „elity meliniarzy” ma przemawiać za tym, abym go usprawiedliwiła? Cóż przecież nałóg to taka ciężka choroba… ale zaraz, zaraz… Ta czy wiele innych – tego typu chorób – są na tzw. własne życzenie więc… No właśnie… co więc? Pacjent to pacjent. I tylko tyle muszę wiedzieć. Nie wolno mi osądzać, choć rozum? serce? aż krzyczy pragnąc „sprawiedliwości” autentyczności emocji, z mojej strony. 

Jakże odległa jest choroba, ta której doświadczył mój mąż, a ta która nęka ciało owego mężczyzny?  Jedynie co ich połączy – to ten sam efekt końcowy… ale każdy z nich „doszedł do tego punktu inną drogą”.

Jeszcze nie tak dawno zadawałam sobie pytanie:

„Czym mąż sobie ‚zasłużył’ na taką męczarnię w chorobie, na siedem miesięcy walki z rakiem?”

I nie wiem. A czy inna będzie odpowiedź, gdy zapytam o tego pacjenta? Czy aby przypadkiem nie „dostał to, na co sam zapracował?”  

Czy znam odpowiedź. Tak, lecz zostawię ją dla siebie, a czynię to tylko dlatego aby niczego wam nie sugerować. 

Umierają malutkie dzieci, starsze schorowane osoby tułają się po domach opieki, jakże często zapomniane, niekochane… a tu młody facet, w sumie mający wszystko, dokonuje samozniszczenia, destrukcji…tego już nie umiem wytłumaczyć, ale wiem dlaczego… ponieważ moje życie nie jest zdominowane przez nałóg. Staram się żyć świadomie, doceniać to co mam. Wypracować model, w którym mogę mieć na wiele spraw wpływ, i wierzyć w tzw. przychylność losu…

Niestety ten „los” płata figle, i tak wiele spraw idzie  w złą drogę… cierpię, ale wiem, że JA nie uczyniłam niczego, co mogłoby sprowokować ciąg nieprzychylnych zdarzeń.

Nikt nie jest alfą i omegą, nikt nie zna własnej przyszłości, ale doprowadzać się do ruiny, tylko dla tego że pozwalamy, aby nami „rządziła” butelka…? to nie na mój rozum…

Nie jestem obiektywna, to prawda. Nie jestem litościwa, to również prawda, bo ja – dziecko DDA, bo ja – kiedyś- dawno, ponad 10 lat temu – żona alkoholika wiem, jakie piekło potrafi zgotować taki człowiek. Wiem jak niszczy, nie tylko siebie, ale wszystkich wokoło…

Dlatego nie mam litości, nie rozczulam się nad alkoholikami… 

I poprosiłam, by dano mi kogoś innego pod opiekę, dziś – mimo że zazwyczaj bardzo się staram – TAKA NIE BYĆ- nie mogę zająć się tym chorym. On miał szansę mieć i być kim zechce… miał szansę na życie. Szansę, której nie dano mojemu mężowi…

nie mogę…

alkohol (1)

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Jak nie oszaleć?

Jak nie oszaleć, gdy wkoło wciąż trwa „gonitwa szczurów”, gdy kawalkada słów – pomyj – wylewa się z monitora, telewizora… Ci strzelają, ci niszczą naszą spuściznę, zabytki. Inni głodują, a ty siedzisz – tak wygodnie – w ulubionym fotelu, zajadasz paluszki (lub coś w tym stylu) i z przejęciem komentujesz… Ja też tak robię. A czy mogę coś więcej? Jak pomóc? Nie wiem. Nie umiem pomóc sobie, to jak mam pomóc innym?  światu? Dumne, górnolotne stwierdzenie, a przecież chodzi, o taką zwyczajną, ludzką postawę.

Gdy widzę wysadzane w powietrze dziedzictwo świata, gdy spoglądam na zapadnięte z głodu brzuszki małych dzieci, gdy patrzę jak płoną hektary lasów, gdy wzburzone wody zalewają kolejne osady ludzkie, gdy… Gdy trzęsienia ziemi… gdy… No właśnie, to nie wiem czy mam dziękować, czy zawołać:

„Dokąd ten świat zmierza… ludzie? Zbieramy to, co zasialiśmy!”

A później spoglądam na fotografię męża, i stwierdzam że On ma lepiej… Że to Jego nie dotyczy. I przez ułamek sekundy – zazdroszczę Mu.

Wokół nieszczęścia… nie dostrzegam radości, choćby z samego aktu jakim jest dar życia… Pędzimy, spieszymy się. W przelocie rzucamy znajomym:

„Cześć” czasem z: „Co u ciebie słychać?”

Lecz mam wrażenie, że nie zawsze oczekując odpowiedzi. Odnoszę wrażenie, że żyjemy w takim pędzie, bo kończy się nam czas. Spieszymy się, by z tego życia zaczerpnąć jak najwięcej… Zachłanni, szaleni, wciąż czegoś pragnący zapominamy za czym w końcu tak gonimy…

Ja też.

Wczoraj, gdy moja pasierbica spadła z kilku schodów podczas napadu epi, gdy omal się nie zabiła, zadałam sobie w drodze za karetką pogotowia, te właśnie pytania… plus to jedno:

„Czy warto się tak męczyć?”

Nie znam odpowiedzi… i póki co – męczę się…

Udaję, że żyję, też za czymś tak gonię… jak wszyscy. Dostosowałam się. A w rzeczywistości NIC MI SIĘ NIE CHCE!

Kinga.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

Mijają dni, tygodnie i nic się nie zmienia.

ru-0-r-600,600-n-image25056f23418413d3887b8fc4703b86dfL7njkes5plaJakiś czas temu postanowiłam uzewnętrznić – poprzez wpisy na blogu – swoje emocje. Ba, nawet żale… Sądziłam, że przelanie tego co mnie dławi, co odbiera oddech, (ubranie tego w słowa) pozwoli na zrozumienie mechanizmu… żałoby. Na uświadomienie sobie tak oczywistych prawd, że nie ma na to lekarstwa, że nie ma antidotum… że czas nie leczy, owszem koi, ale nie sprawi, że zapomnimy. Nic z tego. Im dłużej zmagam się z bólem po stracie męża – wciąż skrywając emocje przed otoczeniem – tym bardziej zapętlam się w żalu. Nawet wczoraj, gdy otworzyłam szafę, gdy dostrzegłam jego koszulę, omal nie upadłam… Niby dlaczego aż tak miałabym zareagować? dlatego, że wszystką odzież męża przeniosłam do drugiego pokoju, do szafy w której są tylko jego ubrania. Byłam pewna, że w szafie w sypialni nie ma już nic… a okazało się że ta jedna, ulubiona koszula męża nadal wisi, jest dokładnie pod moimi koszulami. Wróciły wspomnienia, scena za sceną gdy ją ubierał, gdy zerkał przez moje ramię podczas, gdy ja prasowałam jego ULUBIONĄ koszulę…

Pamięć boli. Naprawdę.

Praca, ludzie wokół, obowiązki są tylko chwilową odskocznią, i wbrew temu co powszechnie się uważa, dla mnie dom, nie jest azylem, miejscem do którego wracam niemal w pośpiechu, chętnie… Nie, to nie jest TO miejsce, bowiem ja nie mam do kogo wracać…

1186306_1374254502812275_308848756_n.jpg

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

Ani lepiej, ani lżej

Dawno mnie tu nie było…

 

123411_wierzba_placzaca_lawka.jpgZ prostej przyczyny. Rzuciłam się w wir pracy. Lecz po kilku tygodniach doszłam do wniosku, że ilu bym nie wzięła etatów, ilu nadliczbowych nie ciągnęła to i tak nie potrafię uwolnić się od bólu. Prawdą jest stwierdzenie, że od siebie, od swoich myśli, nie można uciec. Bo niby dokąd?

I tak ciągnę trzy etaty, noc za nocą, dzień za dniem, z kilku godzinną przerwą na sen, a i tak wszystko na nic. Wystarczy gest, słowo, czyjeś spojrzenie, lub jak ostatnio samo imię, które nosił mój mąż, a wszystko wraca wraz ze łzami… oszaleć można.

Wyrwane serce, wypalona dusza, to mało… stanowczo mało.

Żyję, poruszam się, ba! nawet uśmiecham, ale to wszystko wyuczone gesty. Nawyki. Grzeczne, taktowne i na miejscu, z szacunkiem do drugiego rozmówcy, i wbrew pozorom szczere, ale moja dusza wciąż płacze…

i chyba tak zostanie. Na długo?

Nie wiem.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | 3 komentarzy

Łzy nie pomagają…

cropped-ru-0-r-600600-n-image25056f23418413d3887b8fc4703b86dfL7njkes5pla.jpgDzisiejsza noc była totalnie do bani. Przepłakałam całą. Tęsknota za mężem jest nie do zniesienia. Miałam chwile, w których żałowałam, że żyję. Tak tęsknię. Świadomość, że przyjdzie mi żyć bez niego jest nie do wytrzymania.

Ila lat mi przyjdzie męczyć się samej na tym padole łez?  Nie ważne ile, ile by nie było istotne i przerażająco smutne jest to, że jego nie będzie przy mnie. Owszem, wiem że nie cierpi, że jest najprawdopodobniej szczęśliwy, ale ja nie! Ja tkwię tu z problemami, długami, i walę głową w mur, aby przetrwać, by przeżyć.

Tylko nie wiem jak…

Dnie za dniem, noce za nocami, a ja odnajduję spokój tylko w pracy. Dom jest miejscem, w którym wszystko wraca. Uciekam z domu w pracę, bo tylko to ocali mój umysł. Dlatego tej nocy płakałam, bo byłam w domu, bo widziałam i byłam otoczona wszystkim co zrobił, co ulepszył bądź kupił. Nie miało znaczenie ile w tych rzeczach było z mojej pracy, najważniejsze było to, że każda z nich przypominała mi jego.

Oczami wyobraźni widziałam go, jak nastawia kawę, odwraca po chwili głowę, uśmiecha się do mnie i pyta czy też chcę kawusi…

I znów łzy…

Nie daję rady dokończyć tego wpisu… może później, lecz nie teraz…

przepraszam.

Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj

Oswoić śmierć

008V054yaXYDlaczego zaczęłam  - znów – pisać pamiętnik? Pamiętnik pielęgniarki, oczywiście. Jest wiele blogów, na wielu możecie przeczytać o tym z czym my pielęgniarki stykamy się co dyżur, więc w czym mój ma być inny, lepszy? W niczym. Po prostu będzie to spojrzenie – może inne – a może takie same na problemy, z którym spotykamy się w naszej pracy. A może dowiecie się coś więcej o was, o was czyli ludziach chorych i o nas… o mnie. Lecz nie zapominajcie, proszę, że i my chorujemy. Że stajemy się nierzadko pacjentkami oddziałów niekoniecznie w naszych macierzystych placówkach.

A może zainteresuje was opis zdarzeń, praca jaką wykonuję od ponad trzydziestu lat, i to zawsze na reanimacji i anestezjologii. Stąd opis „oswoić śmierć”.

Czy w ogóle ją można oswoić? A jak myślicie?

Z mojego doświadczenia wynika, że nie można, ale z czasem zmuszone jesteśmy, ja jestem, nauczyć się z nią, a raczej obok niej – żyć. A to nie jest łatwe. Wiem, że mi wierzycie…

Ocieramy się o problemy dotyczące nie tylko „naszych” pacjentów, ale stykamy się z wieloma innymi, a związanymi z aspektami, bądź to zarobków, bądź braków personelu, itd, itp. O tym wszystkim mniej lub bardziej wiarygodnie donoszą wam media. Ale informacje zazwyczaj są marginalne, gdzieś umieszczone w ostatniej kolumnie. I tak powstaje – o nas pielęgniarkach – artykuł, że… znów strajkujemy.  Jakże często są one tendencyjne i uwarunkowane określonymi oddziaływaniami politycznymi. Polityka zawsze
wtrąca” się w rzetelność dziennikarską. Niestety.

Tylko tak nas się przedstawia, tendencyjnie, a niewiele pisze się o tym w sposób rzetelny, np. co musimy robić, jaki jest nasz zakres obowiązków itd. Ile godzin dziennie pracujemy. Na jakim sprzęcie itd, itp.

Zakres obowiązków… hm, dziwnie to brzmi. Nigdy nie traktowałam, ani nie podchodziłam do swojej pracy, jak do „wypełniania powierzonych mi obowiązków”.

Od dziecka pragnęłam pomagać ludziom. Ludziom słabym, chorym, czasem bezsilnie spoglądających na drugiego człowieka, który nie interesuje się niczym innym jak tylko sobą.
Jakże często mijamy na ulicach starszych ludzi, przygarbionych, wpatrzonych w chodnik, idących o kulach… I idziemy dalej…. Są niezauważalni.  Bardzo często samotni. Zapominamy, lub odrzucamy od siebie myśl, że i my tacy będziemy… Więc kiedy ten człowiek, straszy, czasem samotny, trafia do nas… do szpitala, bywa, że jest już w bardzo ciężkim stanie… Bo starość to według wielu „najstraszliwsza z chorób”. I po części, ci co tak sądzą, mają rację. Ale nie do końca.

Gdy patrzę na takiego pana, czy panią w bardzo słusznym wieku, widzę nie pomarszczone ręce, twarz, ciało, a oczami wyobraźni widzę niespełna trzydziestolatka, czasem dwudziestolatka… Wyobrażam ich sobie takich jacy byli za młodu. kochali, cieszyli się, chodzili na randki, do pracy, na potańcówki… ale i walczyli. Wojna. Czym jest wojna? Dla mnie to tysiące, setki tysięcy zdań, fotografii w książkach. Dla nich… to ich  życie.

Jakże często widziałam blizny z tego czasu. Ilu historii nie wysłuchałam… Boże, setki. Ale bywało, że usta milczały. Że wypełniała je rurka intubacyjna, a oddech zastępował respirator. Bywało, że właśnie do nich nikt nie przychodził…

Wiecie co… naszło mnie dziwne skojarzenie… Mianowicie w sposób niewytłumaczalny osobiście identyfikuję się z takimi osobami, poprzez pryzmat wykonywanego zawodu. Czyli… NIEDOCENIENIE. To słowo, jak i emocja, które dotyczą i ich, starszych ludzi, i nas, pielęgniarki. Jesteśmy tłem dla społeczeństwa.

Nie myślicie, że jestem frustratką… co to, to nie. Że czuję się odrzucona, nieakceptowana… Nie, taka się nie czuję, ale czuję się niezauważona. Niezauważona, jako pielęgniarka, jako człowiek.

Jakże często słyszę:

„Panie doktorze, jak tam mój mąż? Doktorze w panu nadzieja… Niech pana Bóg błogosławi.”

A do nas, do mnie, zwracają się słowami:

„Siostra poda to mężowi”.

I „siostra” podaje.

Gdy wychodzę na korytarz słyszę  inny tekst:

„Wie pani co, prawie pół godziny czekałam na to, by pielęgniarka zajrzała do męża…. On dziś tak źle wygląda. Nieogolony taki… A piżamę jaką ma brudną, wie pani to oburzające…”

A mnie wtedy coś trafia… Oburzające jest to, że ta troskliwa żona, nie potrafiła przynieść mężowi czystej piżamy, że nie kupiła przyborów do golenia… No chyba, że myślała iż to ja kupię…

Jakże często rodziny, jeśli już w ogóle są, mają do nas, pielęgniarek pretensje… Traktują nas jak… „służbę” – zdrowia – My owszem służymy, ale przede wszystkim naszymi sercami i WIEDZĄ! Nierzadko jesteśmy po studiach, specjalizacjach, a nawet doktoratach, ale kogo to interesuje, obchodzi… ? Bo przecież jesteśmy ”siostrami”.

A skąd się to bierze? Takie postrzeganie…? Ano stąd, że po części same zapracowałyśmy na taki wizerunek…

Zbyt szanowałyśmy potrzeby innych, a zbyt drugoplanowo, a nawet trzecio – własne. A przecież nawet przysłowie mówi:

„Szanuj siebie,  bo nikt za ciebie tego nie uczyni. Ceń się, a staniesz się ceniony.”

Carlo Goldoni ujął to nieco inaczej:

„Kto nie ma odwagi starać się o swoje szczęście, tym samym udowadnia, że tego szczęścia nie jest wart.”

I tak oto zbliżam się do końca wpisu. Puenta?  Nie będzie żadnej. Jedynie prośba. Szanujcie nas, jak my was szanujemy. Patrzcie na nas, nie jak na „siostry”, ale fachowy personel, który każdej minuty, oddaje serce, dla was, dla waszych bliskich… i ma wiarę, nadzieję, że kiedyś, gdy los uczyni z nich pacjentów, otrzyma to samo…

Ot, tak po prostu, jak w życiu:

„Co siejesz, to zbierasz.”

Naszym „plonem” jest powrót do zdrowia człowieka, który znalazł się w najgorszej z możliwych sytuacji… Sytuacji zagrożenia życia. My naprawdę cieszymy się i patrzymy z dumą, dziękując Bogu, że był nam przychylny, naszym wysiłkom, naszej pracy. I że „nasz” chory, jest zdrowy, że wraca do domu…

My naprawdę mamy serca we właściwym miejscu…

Albom_cytaty_v1.15
Opublikowano Bez kategorii | Skomentuj