Balast życia.

tapeciarnia.pl255770_dwie_mlode_sowki_laka_trawa.jpgTak sobie myślę, że fakt iż pracuję na A-R, że patrzę na ludzi którzy są na granicy… śmierci? życia?… hm, co to za życie? Że powinnam czuć się szczęśliwa. Że nie wolno mi kierować myśli na destrukcję, w sumie samo-destrukcję, a powinnam tryskać optymizmem. Słać uśmiechy na prawo i lewo…

Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. Przecież wciąż mam przed oczami umierającego męża. I to z jakim trudem oddychał, jak w jego oczach pojawiła się bezsilność a później…? później  już nic w nich nie dostrzegałam. Stały się puste, choć serce biło. To wtedy powiedziałam – pamiętając jego prośbę, która również do dziś dnia rozbrzmiewa w moich uszach:

„Pozwól mi odejść”.

Nie mogłam pozwolić, dlatego odpowiedziałam:

„A ty byś mi pozwolił?”

Zapadła cisza… Lecz tej nocy, niemal przed 1, 35, w końcu powiedziałam:

„Nie mogę już patrzeć na to jak cierpisz. Proszę cię serduszko (tak przez osiem lat się do niego zwracałam) zrób w końcu tak, byś był szczęśliwy… wolny.”

Pięć minut później na moich rękach, wtulony w nie… wziął ostatni oddech. I zapadła cisza. Stał się wolny. Wolny od cierpienia, bólu. Wolny od życia.

Ten obraz, dźwięk ostatniego oddechu, wciąż drąży mój umysł i serce.

I w pracy też to widzę. Niestety zbyt często.

Co prawda odnajduję radość, gdy chorzy zdrowieją, gdy ich rodziny ze łzami w oczach całują blade ręce ukochanych; męża, syna, córki, żony… dziecka. A na nas patrzą jak na cudotwórców.

Z OCZU TYCH TAK SZCZĘŚLIWYCH LUDZI WRĘCZ BIJE POTĘGA WDZIĘCZNOŚCI, KTÓRĄ NAJPIERW SPONTANICZNIE KIERUJĄ POD NASZYM; PIELĘGNIAREK, PIELĘGNIARZY, ADRESEM… potem lekarzy… a czasem Boga.

Wtedy odnajduję siłę, znów zaczynam, i to za każdym razem, uświadamiać sobie dlaczego wybrałam – świadomie – pracę na takim A NIE INNYM – oddziale.

Ale jak uporać się z prywatną tragedią? Z ciszą, ze wspomnieniami?

Nie do końca potrafię. Nie potrafię zrozumieć. Nie znam odpowiedzi na zasadnicze nurtujące mnie od maja 2015 roku pytanie:

„Dlaczego nas to spotkało?”

I co dziwne… choć nie, nie dziwne, ale do zaakceptowania, choć nie do zrozumienia, to samo pytanie słyszę z ust odwiedzających, a czasem samego cierpiącego, chorego człowieka.

Nikt nie zna odpowiedzi. Ani wy, ani ja.

Praca pomaga mi oderwać się od tego co mnie boli, a zmusza bym skoncentrowała się na drugim człowieku. Gdy przestaję się liczyć – JA, wtedy jest dobrze. Zapominam. I o to chodzi, by zapomnieć.

Każdy ma takie chwile w swoim życiu, czasem ludzi, o których wolimy nie pamiętać. Kierujemy się różnymi powodami. Czasem, bo nas zraniono, obrażono, pomówiono, a czasem bo ktoś zafundował nam taką gamę negatywnych emocji, doznań, chwil, że w porywie gniewu, żalu potrafimy wykrzyczeć potworności. Klniemy, rzucamy mięsem, by sobie ulżyć…

A kogo ja mam obwinić o to co mnie spotkało? Kogo mają obwinić „moi” pacjenci, ich bliscy? Los? Boga? Przeznaczenie?

Dołująca jest myśl, że wydaje się nam iż mamy wpływ na nasze losy, że to my sterujemy życiem, a w konsekwencji zdarzeń okazuje się,  że tak naprawdę to mamy gówno do powiedzenia.

WYBORY? Cóż to znaczy?

Dokonując ich wydaje się nam, że władamy NASZYM czasem, że zespół decyzyjny leży w naszym toku rozumowania – ja też tak myślałam – teraz już nie myślę, a po prostu żyję. Żyję z przekonaniem, że to co ma się wydarzyć i tak się wydarzy. Że co zostało dla mnie „zaplanowane” stanie się, choćbym wlazła w najgłębszą norę. Wydarzy się ponieważ  - nawet fakt, że wlazłam w tę norę był już z góry ustalony, to część boskiego planu – przykra jest świadomość bycia marionetką…

Tak właśnie się czuję, tak pojmuję moją rzeczywistość.

Ale miło jest łudzić się, że mam na cokolwiek wpływ… Choć to również „zaplanowane” zostało przez… Boga? Los? Przeznaczenie?

Nieważne jakiej użyję nazwy… Jak nie ma znaczenia to, ile łez wyleję za mężem… Życia mu i tak nie wrócę. Winnego nie znajdę…

Chyba, że zacznę sobie zadawać pytania, siebie dręczyć, czy ja jako pielęgniarka, nie dostrzegłam w porę objawów? Dlaczego? Odpowiedź złożona, ale i ona niczego nie wyjaśni.

Dlatego uwolniłam myśl od poczucia winy, wystarczająco jestem zdołowana, nie potrzebuję dodatkowego balastu życia.

Ale potrzebuję jego… męża. Potrzebuję nadziei, wiary… i miłości. Potrzebuję magi płynącej z tych trzech słów, by móc znów żyć.

POTRZEBUJEMY TEGO WSZYSCY.

 

 

Informacje o kinga.widera

Urodziłam się z nadzieją na dobre życie. Z wiarą na prawdziwą miłość, a życie pokazało mi swoje złe oblicze... a i tak nie tracę nadziei.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Balast życia.

  1. ~Eviva pisze:

    Dobrze wiem, co czujesz. Ja po śmierci Mamy nie potrafię się pozbierać. Tęsknię za nią strasznie,m tylko cholernie męcząca praca pozwala mi czasem o tym zapomnieć. Ale wszystko bym oddała, by znów była przy mnie, żebym mogła się nią opiekować jak przez ostatnie 7 lat…

    • kinga.widera pisze:

      dokładnie, to smutne, ten balast wspomnienia, tych ostatnich chwili jest naprawdę trudny do zniesienia… jak pustka, która pozostała po bliskich. Już wiemy, że nic nigdy nie zdoła jej wypełnić. Oni odchodząc nie zabierają ze sobą miłości, ta pozostaje przy nas… a więc jesteśmy „przeładowani”, bo raz że w naszym sercu jest „nasza” miłość do nich, to teraz ich miłość do nas, „zalega” niewykorzystana, nie mogącą się zrealizować, spełnić w nas, a więc i my tacy trwamy… niespełnieni… przepełnieni miłością, która nie ma ujścia… Wezbrana rzeka… to my, to nasze serca.

Odpowiedz na „~EvivaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>