Muszę wyrzucić to z siebie… bo nie daję rady

pol_pl_Minimal-Pearl-srebrny-pierscionek-damski-110_2Muszę wyrzuć z siebie, coś co zżera mnie niemal od dzieciństwa… Po prostu muszę.

Nie rozumiem dlaczego spotykało mnie, i nadal spotyka, to wszystko… 

Dzieciństwo? 

A jakie mogło ono być u boku ojca alkoholika? Smutne, przerażające, pełne lęku, strachu… Gdyby nie mama nie wiem czy wytrzymałabym to, co zafundował mi tato. Ona była strażniczką, a później egzekutorem… I tak ojciec otrzymał to, na co zasłużył. A co w sumie było do przewidzenia… Rozwód. 

Dorosłość? Jeszcze gorsze chwile.

Pierwszy mąż uznał, że ramiona mojej przyjaciółki są lepsze od moich… Że przysięga małżeńska to stek bzdur. I w konsekwencji zażądał rozwodu. Nie miałam wyjścia, zgodziłam się. Zostałam sama z małym trzy letnim synkiem.

Kolejne lata, to pasmo walki o przetrwanie, i nagle pojawił się on… ten co miał być już na zawsze, na dobre i na złe… A okazało się – po czterech latach – że ma problem z alkoholem, a do tego z dochowaniem wierności… 

I znów zostałam sama, z trzema synami. I z długami sięgającymi prawie pięćdziesiąt tysięcy złotych. Spłacałam je dziewięć lat, wychowując samotnie trzech synów. Pracowałam na dwa etaty… I znikąd pomocy.

Mama? Mama płakała nade mną, moim życiem, i kłóciła się – nie tylko – z Bogiem. Pytała:

„Za co i dlaczego jej jedyna córka tak cierpi?”

Nie było odpowiedzi…

I nagle po kolejnych kilku latach pojawia się on… Ten trzeci. Ten, który okazał się być cudem i darem od losu? Boga? Nie wiem, lecz wiem jedno… że nie dane nam było być ze sobą dłużej niż tylko osiem lat i dwa miesiące… bo umarł. 

Śmierć zabrała mi nie tylko ukochanego męża, ale i nadzieję na lepsze życie. Zostawiając mnie z masą problemów, trosk i … smutku.

Nigdy nikomu nic złego nie uczyniłam. Uratowałam 13 osób w tzw. zajściach ulicznych. W tym trzy tygodniowe dziecko. Pracowałam jako wolontariuszka… wszędzie; od schroniska po domy opieki… a do tego pracuję od 36 lat na Reanimacji… Wciąż cieszy mnie chwila, w której „mój” pacjent zdrowieje, a boleśnie odczuwam każdą jego porażkę… Śmierć jest bezlitosna.

Nigdy nikogo nie skrzywdziłam, więc dlaczego aż tyle bólu los, Bóg, mi zadaje, zadał??

Dlaczego to wszystko (a tylko bardzo ogólny rys, bez szczegółów – przysłowiowy wierzchołek góry) mnie spotkało?

Nie wiem, i nikt nie jest w stanie mi odpowiedzieć!

Kto pokusi się wytłumaczenie mi tego?

Wiem, że każdy dźwiga swój krzyż. Że dla każdego jest on nieludzko ciężki, lecz gdy patrzę na swoje życie z perspektywy tego ponad pół wieku, które ciąży na moich barkach, jest mi trudno zrozumieć, pogodzić się z myślą, że musiałam zaznać tego wszystkiego; porażki, zdrady, poniżenia, bicia, głodu, biedy, i to przez wielkie „B”.

Jedni podziwiają mnie za to właśnie, że choć tyle zniosłam wciąż pomagam, wciąż uśmiecham się, i mam nadzieję.

Bo co innego mi pozostało? Jeśli zabraknie nadziei, wiary, to zostanę z  niczym. Stanę się pusta. Wyzuta ze wszelkich dobrych emocji. Stanę się zgorzkniała. A tak… A tak nie utraciwszy daru nadziei, wiary, trzymam się myśli, że to co dobre jest jeszcze przede mną. Że ludzie wokół mnie są dobrzy. Że nie są przebiegli, cwani, a jedynie czasem ot tak po prostu, zagubieni w labiryncie emocji.

Ja raczej nie bywam taka…zagubiona. Mam jasno wytyczone cele… Od dziecka wiedziałam, że zostanę pielęgniarką, jak moja śp. Mama. Że będę leczyć, ratować, pomagać… i weszło mi to w krew. :lol:

Tylko czasem dociera do mnie informacja, że jestem zbyt ufna, zbyt otwarta (jak np. teraz pisząc tak szczerze, tak otwarcie), ale taka byłam będę i chcę być… Ufna jak dziecko, wierząca w dobro, wierząca w drugiego człowieka.

Postrzegam ludzi tak jakbym widziała siebie w lustrze. Nie, nie jestem idealna… Co to to nie. Jestem kłębowiskiem emocji, niepoukładanych myśli, ale jedno mi przyświeca w życiu. To moje motto:

” Żyć tak, aby nikt przeze mnie nie płakał”.

Bardzo tego przestrzegam. Nie pozwalam sobie na chwile, w których złe emocje miałby wziąć górę. A jeśli – czasem – złoszczę się na ludzi, to tylko wówczas, gdy widzę jak sami sobie szkodzą. Nieświadomie, a czasem poprzez pryzmat własnych doświadczeń stają się niemili, zgorzkniali… złośliwi. Moim zdaniem nie krzywdzą mnie, a siebie. Bo to sobie zatruwają duszę, umysł i serce… Dlatego to mnie denerwuje. Czasem bezskutecznie usiłuję im pomóc… Daremny trud. Żal mi takich osób. Nazywam ich frustratami.

Czy to pęd cywilizacyjny, czy własne niespełnione ambicje pchają ich ku przepaści? Nie wiem, lecz domyślam się, że właśnie tak jest. Poddają się nurtowi, a tak nie wolno.  Czasem trzeba stawiać mu kontrę. Nie iść ustalonym torem. Znaleźć trzeba własną drogę. Ja ją znalazłam. tak mi się wydaje. Tylko czy poprzez dokonanie takich, a nie innych wyborów, i ja nie poddałam się chwili? Niestety czasem tak. Z tym tylko, że kierowałam się sercem, w które (używając słów obrazowych) po prostu mi napluto…

Ktoś powie: „idealistka”.

Może. Może i nią jestem, ale w tym tkwi moja siła. Choć jednocześnie nie rozumiem dlaczego musiałam i muszę nadal, przechodzić przez to wszystko. Dlaczego ten, który obiecał, że będzie ze mną 30 lat i jeden dzień dłużej, mąż, musiał zachorować.

Żadne z nas nie zasłużyło sobie na to, z czym walczyliśmy.

Nieprzespane noce, porażający lęk. Życie od wyniku do wyniku… a kiedy zgasła nadzieja, zgasłam wraz z nim, moim ukochanym… On był mi życiem i radością… Teraz znów muszę nauczyć się żyć od nowa…

Koszmary powracają: dzieciństwo, dwa nieudane małżeństwa, zdrady, poniżenie… pijackie awantury, burdy… przemoc… a na koniec śmierć w cierpieniu, bólu, tego, co był moim kołem ratunkowym, a ja jego. Tego, co był mi całym światem…

Zadaję Bogu pytanie:

„Dlaczego Panie, dlaczego? Ty wiesz to, czego ja się nawet nie domyślam… Dlaczego los bywa niesprawiedliwy? Bo przecież TY, Panie, jesteś sprawiedliwy, Mądry i pełen Miłosierdzia, więc kto zgotował mi ten los? Ja sama, poprzez wybory, których dokonałam?  Czy jak mówi przysłowie; „kogo Pan Bóg umiłuje temu krzyży nie żałuje”? Czy o to w tym wszystkim chodzi, Panie?”

Odpowiedź poznam chyba po śmierci…

Musiałam o tym wszystkim napisać. Mało ludzi tu zagląda, więc i mało przeczyta, a mnie jest lżej na duszy…

 

Informacje o kinga.widera

Urodziłam się z nadzieją na dobre życie. Z wiarą na prawdziwą miłość, a życie pokazało mi swoje złe oblicze... a i tak nie tracę nadziei.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>