Kolejne dni… tygodnie, miesiące, lecz jeszcze nie lata.

… a szkoda, że nie lata. Może wspomnienie śmierci męża stałoby się mniej bolesne? Nie wiem. A tak… a tak turlam się przez życie, z pracy do pracy, od łez do łez. Czasem nie moich. Czasem rodzin pacjentów, którymi każdego dnia się opiekuję. Czasem zrozpaczonej matce, ojcu, mogę tylko z poczuciem wewnętrznej wiary, przekonania, mówić, że:

„będzie dobrze, że ich dziecko przeżyje”

A czy tak będzie? Nie wiem. Medycyna naprawdę bywa „bezsilna” jeśli chory chce żyć. Jak mawiał znajomy lekarz. Starszy jegomość, który w anestezjologii przepracował ponad 45 lat. On to dopiero ma doświadczenie…

Dziś na nocce opiekowałam się dziewczynką, która mimo próśb cioci wysiadła szybko ze złej strony samochodu, wprost pod koła nadjeżdżającego pojazdu. Czy to jej wina? Czy ciotki? Nie sądzę. Tak miało być, po prostu, tak było jej pisane. 

No własnie cóż to oznacza, że komuś jest coś pisane?

Czy to oznacza, że mojemu mężowi było pisane walczyć w bólach, cierpieć przez siedem miesięcy? Pokonywać każdej minuty z tych siedmiu miesięcy potężny ból i strach? 

A co mnie jest pisane? Póki co doświadczam tego współodczuwając ogrom cierpienia, czasem przerażenia, czasem bezsilności rodzin „moich” pacjentów.

A przecież i ja kiedyś byłam, w sumie nadal jestem, na ich miejscu. Każdego dnia, w każdej sekundzie usiłuję skoncentrować się na pomaganiu innym, by móc w pełni zagłuszyć własny ból, a i tak nie udaje się… I nie uda. Lecz o dziwo pozwala mi trwać. Bo świadomość, że jestem tak bardzo komuś potrzebna, naprawdę pomaga. I za to całym sercem kocham moją pracę, bo stawiając znak równości, choć brzmi to nieskromnie, po prostu rzeczywiście kocham ludzi. 

To nie patos, to fakt. Bywa, że ktoś mnie wkurza, ale czy ja kogoś również nie wkurzam? Czy i we mnie nie tkwi ziarno niedoskonałości, a może cały spichlerz  :lol:

Nie ma ludzi idealnych. Prawidłowo reagujących, myślących, pełnych miłości bliźniego. Bo tego uczymy się przez całe życie, a i tak umieramy niedoskonali. 

I mimo tego, kiedy odchodzi od nas ktoś nam bliski, zapominamy o wadach, sprzeczkach… Zapominamy to, co było wkurzające, a zapamiętujemy, i pielęgnujemy w sobie najpiękniejsze z uczuć – Miłość. 

Ta dziewczynka, walczy, jej bliscy wraz z nią również, inni chorzy analogicznie… i ja również walczę. Walczę z żałobą, smutkiem już od ponad osiemnastu miesięcy, a gdzie tu mówić o latach? Od śmierci Mamy Basi minęło niemal siedem lat… a mnie dalej boli… 

Odkryłam oczywistą prawdę, że lata nie mają tu znaczenia, znaczenie ma bowiem tylko miłość, jej siła i nasze zaangażowanie w uczucia związane z daną osobą. Im bardziej kogoś kochamy tym mocniej cierpimy… Choć do dziś dnia pamiętam kolegę z podstawówki, który się utopił… i mimo, że minęło ponad pięćdziesiąt lat, (trudno też mówić tu o mojej do niego miłości),to bywają dni, że naprawdę brakuje mi Tomka…

Śmierć nas okrada, w zamian nic nie dając, choć by oddać prawdę, idealnie nas obnaża… Naszą zdolność kochania… a potem latami każdego dnia pozwala nam na samoocenę, i zrozumienie, wraz z „regeneracją” siły… a wszystko po to byśmy znów nabrali chęci by żyć. 

Gorzej jest jeśli nasze życie, ot tak po prostu, się toczy, bez celu, bez nadziei na lepsze jutro, bez zdolności stworzenia czegoś kreatywnego. Gorzej jest, gdy pozwalamy śmierci zdominować nasze pragnienie trwania. Gdy pozwalamy się stłamsić cierpieniu, żalu, depresji… rozgoryczeniu.

Kto wtedy wygrywa? Ona, śmierć? Jej na nas nie zależy. Ona wie kiedy ma po nas przyjść. A co my ze swoim życiem do tego czasu zrobimy, to już nie jej sprawa… A nasza.

Więc żyjmy tak jakby tego pragnęli dla nas ci którzy odeszli. Ci którzy również nas bardzo kochają. Bo czyż my, na ich miejscu nie pragnęlibyśmy widzieć ich szczęśliwych? Czy moja mama lub mąż, babcia, dziadek, pragną bym zatopiła się w smutku? Bym dręczyła się wizją ich śmierci? Na pewno nie. To ich miłość do mnie, choć są już tam gdzie mieszkają Anioły, i moja do nich, ma być motorem napędzającym moje życie, i pozwalającym na regenerację, jakkolwiek to brzmi… Mam po prostu żyć… I cieszyć się, z tego że mam siły, chęci pomagać innym…

ŻE MAM PO PROSU CEL W Życiu…

bo nic gorszego nie ma nad jałowym bezpostaciowym życiem. To troszkę jak być zombi… jesteś, ale jakby cie nie było. Myślę, że akt życia polega na dawaniu, czasem braniu, ale musi być zachowana równowaga.

Życie to dar, którego nie wolno nam lekceważyć. BO czy, gdy matka, ktoś ci bliski, podarował ci prezent, piękny upominek płynący z serca… Czy wrzucisz go do kosza? Nie, postawisz na półce i będziesz się cieszyć… Więc jeśli takim podarunkiem dla mnie OD BOGA jest moje życie… muszę – używają metafory – „postawić je w zaszczytnym miejscu, na półce” – i cieszyć się nim… I dzielić…

Coś, co płynie z miłości, z miłością ma być przyjęte…

Nie turlajmy się przez życie, siłą rozpędu… a przeżyjmy je – PRZEŻYJMY NAPRAWDĘ! 

Czy to swoisty apel… nie, absolutnie, to tylko moja refleksja.

pobrane

Informacje o kinga.widera

Urodziłam się z nadzieją na dobre życie. Z wiarą na prawdziwą miłość, a życie pokazało mi swoje złe oblicze... a i tak nie tracę nadziei.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>