Muszę wyrzucić to z siebie… bo nie daję rady

pol_pl_Minimal-Pearl-srebrny-pierscionek-damski-110_2Muszę wyrzuć z siebie, coś co zżera mnie niemal od dzieciństwa… Po prostu muszę.

Nie rozumiem dlaczego spotykało mnie, i nadal spotyka, to wszystko… 

Dzieciństwo? 

A jakie mogło ono być u boku ojca alkoholika? Smutne, przerażające, pełne lęku, strachu… Gdyby nie mama nie wiem czy wytrzymałabym to, co zafundował mi tato. Ona była strażniczką, a później egzekutorem… I tak ojciec otrzymał to, na co zasłużył. A co w sumie było do przewidzenia… Rozwód. 

Dorosłość? Jeszcze gorsze chwile.

Pierwszy mąż uznał, że ramiona mojej przyjaciółki są lepsze od moich… Że przysięga małżeńska to stek bzdur. I w konsekwencji zażądał rozwodu. Nie miałam wyjścia, zgodziłam się. Zostałam sama z małym trzy letnim synkiem.

Kolejne lata, to pasmo walki o przetrwanie, i nagle pojawił się on… ten co miał być już na zawsze, na dobre i na złe… A okazało się – po czterech latach – że ma problem z alkoholem, a do tego z dochowaniem wierności… 

I znów zostałam sama, z trzema synami. I z długami sięgającymi prawie pięćdziesiąt tysięcy złotych. Spłacałam je dziewięć lat, wychowując samotnie trzech synów. Pracowałam na dwa etaty… I znikąd pomocy.

Mama? Mama płakała nade mną, moim życiem, i kłóciła się – nie tylko – z Bogiem. Pytała:

„Za co i dlaczego jej jedyna córka tak cierpi?”

Nie było odpowiedzi…

I nagle po kolejnych kilku latach pojawia się on… Ten trzeci. Ten, który okazał się być cudem i darem od losu? Boga? Nie wiem, lecz wiem jedno… że nie dane nam było być ze sobą dłużej niż tylko osiem lat i dwa miesiące… bo umarł. 

Śmierć zabrała mi nie tylko ukochanego męża, ale i nadzieję na lepsze życie. Zostawiając mnie z masą problemów, trosk i … smutku.

Nigdy nikomu nic złego nie uczyniłam. Uratowałam 13 osób w tzw. zajściach ulicznych. W tym trzy tygodniowe dziecko. Pracowałam jako wolontariuszka… wszędzie; od schroniska po domy opieki… a do tego pracuję od 36 lat na Reanimacji… Wciąż cieszy mnie chwila, w której „mój” pacjent zdrowieje, a boleśnie odczuwam każdą jego porażkę… Śmierć jest bezlitosna.

Nigdy nikogo nie skrzywdziłam, więc dlaczego aż tyle bólu los, Bóg, mi zadaje, zadał??

Dlaczego to wszystko (a tylko bardzo ogólny rys, bez szczegółów – przysłowiowy wierzchołek góry) mnie spotkało?

Nie wiem, i nikt nie jest w stanie mi odpowiedzieć!

Kto pokusi się wytłumaczenie mi tego?

Wiem, że każdy dźwiga swój krzyż. Że dla każdego jest on nieludzko ciężki, lecz gdy patrzę na swoje życie z perspektywy tego ponad pół wieku, które ciąży na moich barkach, jest mi trudno zrozumieć, pogodzić się z myślą, że musiałam zaznać tego wszystkiego; porażki, zdrady, poniżenia, bicia, głodu, biedy, i to przez wielkie „B”.

Jedni podziwiają mnie za to właśnie, że choć tyle zniosłam wciąż pomagam, wciąż uśmiecham się, i mam nadzieję.

Bo co innego mi pozostało? Jeśli zabraknie nadziei, wiary, to zostanę z  niczym. Stanę się pusta. Wyzuta ze wszelkich dobrych emocji. Stanę się zgorzkniała. A tak… A tak nie utraciwszy daru nadziei, wiary, trzymam się myśli, że to co dobre jest jeszcze przede mną. Że ludzie wokół mnie są dobrzy. Że nie są przebiegli, cwani, a jedynie czasem ot tak po prostu, zagubieni w labiryncie emocji.

Ja raczej nie bywam taka…zagubiona. Mam jasno wytyczone cele… Od dziecka wiedziałam, że zostanę pielęgniarką, jak moja śp. Mama. Że będę leczyć, ratować, pomagać… i weszło mi to w krew. :lol:

Tylko czasem dociera do mnie informacja, że jestem zbyt ufna, zbyt otwarta (jak np. teraz pisząc tak szczerze, tak otwarcie), ale taka byłam będę i chcę być… Ufna jak dziecko, wierząca w dobro, wierząca w drugiego człowieka.

Postrzegam ludzi tak jakbym widziała siebie w lustrze. Nie, nie jestem idealna… Co to to nie. Jestem kłębowiskiem emocji, niepoukładanych myśli, ale jedno mi przyświeca w życiu. To moje motto:

” Żyć tak, aby nikt przeze mnie nie płakał”.

Bardzo tego przestrzegam. Nie pozwalam sobie na chwile, w których złe emocje miałby wziąć górę. A jeśli – czasem – złoszczę się na ludzi, to tylko wówczas, gdy widzę jak sami sobie szkodzą. Nieświadomie, a czasem poprzez pryzmat własnych doświadczeń stają się niemili, zgorzkniali… złośliwi. Moim zdaniem nie krzywdzą mnie, a siebie. Bo to sobie zatruwają duszę, umysł i serce… Dlatego to mnie denerwuje. Czasem bezskutecznie usiłuję im pomóc… Daremny trud. Żal mi takich osób. Nazywam ich frustratami.

Czy to pęd cywilizacyjny, czy własne niespełnione ambicje pchają ich ku przepaści? Nie wiem, lecz domyślam się, że właśnie tak jest. Poddają się nurtowi, a tak nie wolno.  Czasem trzeba stawiać mu kontrę. Nie iść ustalonym torem. Znaleźć trzeba własną drogę. Ja ją znalazłam. tak mi się wydaje. Tylko czy poprzez dokonanie takich, a nie innych wyborów, i ja nie poddałam się chwili? Niestety czasem tak. Z tym tylko, że kierowałam się sercem, w które (używając słów obrazowych) po prostu mi napluto…

Ktoś powie: „idealistka”.

Może. Może i nią jestem, ale w tym tkwi moja siła. Choć jednocześnie nie rozumiem dlaczego musiałam i muszę nadal, przechodzić przez to wszystko. Dlaczego ten, który obiecał, że będzie ze mną 30 lat i jeden dzień dłużej, mąż, musiał zachorować.

Żadne z nas nie zasłużyło sobie na to, z czym walczyliśmy.

Nieprzespane noce, porażający lęk. Życie od wyniku do wyniku… a kiedy zgasła nadzieja, zgasłam wraz z nim, moim ukochanym… On był mi życiem i radością… Teraz znów muszę nauczyć się żyć od nowa…

Koszmary powracają: dzieciństwo, dwa nieudane małżeństwa, zdrady, poniżenie… pijackie awantury, burdy… przemoc… a na koniec śmierć w cierpieniu, bólu, tego, co był moim kołem ratunkowym, a ja jego. Tego, co był mi całym światem…

Zadaję Bogu pytanie:

„Dlaczego Panie, dlaczego? Ty wiesz to, czego ja się nawet nie domyślam… Dlaczego los bywa niesprawiedliwy? Bo przecież TY, Panie, jesteś sprawiedliwy, Mądry i pełen Miłosierdzia, więc kto zgotował mi ten los? Ja sama, poprzez wybory, których dokonałam?  Czy jak mówi przysłowie; „kogo Pan Bóg umiłuje temu krzyży nie żałuje”? Czy o to w tym wszystkim chodzi, Panie?”

Odpowiedź poznam chyba po śmierci…

Musiałam o tym wszystkim napisać. Mało ludzi tu zagląda, więc i mało przeczyta, a mnie jest lżej na duszy…

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

Magiczny pierścionek

1047cbf7-af62-4674-80d3-da06b76fe685_zps4e7e7211Dziwna sytuacja… kupiłam sobie mały, z trzema oczkami w kształcie łez, pierścionek. Ma zmieniać kolory, a więc powinien  odzwierciedlać stan mojego ducha. I co się okazuje? Że wszystkie trzy oczka stały się ciemno fioletowe, a to można tłumaczyć, jako: „Pierścionek zmieniający kolor pod wpływem nastroju
w zależności od stanu np. złość, radość, smutek pierścionek zmienia swój kolor, stan idealny.

Poszczególne kolory oznaczają:

Czarny – stres
Brązowy – strach, lęk
Jasno żółty – zdenerwowanie
Bardzo jasny zielony – mix emocji
Bardzo ciemny zielony – normę, prawidłowość
Niebieski – relax
Jasno fioletowy – opanowanie
Różowy – wszystko OK.
Mocny żółty – uprzejmość, sympatyczność
Jasny zielony – romantyczność
Ciemno zielony – namiętność, gorączkową miłość
Ciemno fioletowy – wielkie szczęście”

Skąd dziś u mnie to „wielkie szczęście”? Czy fakt, że mam dyżur, że opiekuję się dwoma pacjentami w bardzo ciężkim stanie jest owym szczęściem?

Nie sądzę. Na pewno więc mogę to interpretować, iż sam fakt że jestem w pracy, że mogę pomóc choremu człowiekowi sprawia, że czuję się szczęśliwa. I z tym bym się zgodziła.

Ale nie ogólnie… Nie jestem, ani wbrew pozorom nie czuję tego „wielkiego szczęścia”.

A chciałabym.

Wczoraj miałam wolne. Krążyłam po lekarzach z pasierbicą, później opłaty w banku, a na koniec coś w końcu miłego. Zakupy z synem. Dużo mi pomaga. Jest zawsze kiedy go potrzebuję. W sumie to on czuwa nad pasierbicą, nad „przybraną” siostrą. Jestem mu wdzięczna, i to bardzo. Inaczej denerwowałabym się przez dwanaście godzin pracy, czy będąc w drugiej tylko, lub aż, osiem, gdyby ona musiała zostać sama w domu. Jej choroba jest nieprzewidywalna, i w każdej sekundzie może stworzyć dla niej zagrożenie… nawet dla życia.

Jurto Dzień Matki. W intencji mojej Mamy odbędzie się Msza św. około 12, później jadę z pasierbicą na cmentarz, na groby naszych kochanych Mam. Nie wiem czy uda mi się odwiedzić grób dziadka i babci, ponieważ od siedemnastej będę musiała zacząć szykować się na nocy dyżur.  Ale spróbuję.

Każdego dnia staram się pokonywać słabości, lęki, smutki… i jest ciężko. Wystarczy zdjęcie męża, czy jak wczoraj wieczorem zachowanie jednego z naszych kotków. Była jego ulubienicą. Nazywał ją „lalunia”. Tego wieczoru właśnie ona usadowiała się w fotelu, wtuliła główeczkę w poduszkę i zaczęła mruczeć. To fotel męża, jego poduszka, gdy siadał wskakiwała mu na kolana, tuliła się i mruczała. Jej ruchy, zachowanie idealnie odzwierciedlało tamte momenty, w których oboje w siebie wtuleni, pomrukiwali. Mąż i ona, Lalunia, płynęli na fali jednego dźwięku. Pozostałe dwa kotki usadawiały się przy nogach męża i wpatrywały się kręcąc łebkiem. Wczoraj wszystko odbyło się analogicznie… z tym tylko, że zabrakło męża. Po chwili ja usiadłam w fotelu. Lalunia łaskawie mnie wpuściła, dwa kocurki ustąpiły miejsca, i gdy już się usadowiłam stało się to, co działo się gdy żył mąż. Czy go im zastąpiłam? Czy tego właśnie potrzebowały? Nie wiem, lecz wiem jedno, że tej nocy nie było wariowania, ścigania się po ciemku, a jedynie trzy kotki wskoczyły na moje łóżko, ułożyły się w nogach i spały aż do świtu…

Od czasu odejścia, śmierci męża, nie było spokoju. Ich zachowanie sprawiało nie raz i nie dwa problemy. Gonitwy, bitwy, a Lalunia jak dzikuska chowała się po kątach… Mam nadzieję, że wczorajszy dzień wiele zmieni w ich zachowaniu.

Może zbyt pogrążona w żalu, zbyt zalatana nie zwróciłam uwagi na to jak jest IM ciężko… Przecież pies, od razu dał znać, że cierpi,  dostrzegłam to błyskawicznie, ale przyznaję nie pomyślałam o kotkach. O tym, że i one mogą tęsknić, cierpieć, i potrzebować zdwojonej uwagi.

Magia miłości, magia chwili… a magia pierścionka?

Magiczny pierścionek nadal przybiera ciemną barwę fioletu, czyli „wielkie szczęście”.

Może to dobra wróżba?

Oby… oby, bo naprawdę bardzo tego potrzebuję… nadziei.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

Niebo nad głową, ziemia pod stopami

wierzba-woda-drzewa.jpegJazda między jednym, a drugim miejscem pracy, i to w godzinach szczytu, jest… szaleństwem. Szaleństwem, do którego jestem zmuszona każdego dnia.

Po piętnastej pędem do domu, choć na dwie godzinki, później znów wsiadam w samochód, i pędem do kolejnej pracy.   Z tego wszystkiego naprawdę zapomniałam zjeść… Dobrze, że miałam saszetki z kawą „trzy w jednym”, bo inaczej musiałbym pić kranówkę.

W domu, spokojnie. Nawet otrzymałam taki malutki prezencik, z okazji… I TU UWAGA… DNIA MATKI.

Dając mi go, lekko zmieszana pasierbica, powiedziała, że choć to troszkę szybciej, niż ów dzień, ale przecież nie ma dnia macochy, a ona chciałaby mi coś podarować, i podarowała… balsam do ciała. Fajny, super, i to z tej firmy, którą preferuję… A więc jednak coś w końcu ta moja dorosła – dziecko – pasierbica zrozumiała.

Poczułam miłe – takie ciepłe – uczucie wokół serducha…

Dając mi go przytuliła się i powiedziała:

„Nie jesteś taka moją prawdziwą mamą, ale w sumie jesteś, a nie ma dnia macochy, a ja pragnę ci dać prezent z okazji Dnia Matki. I przeprosić za wszystko…”

Aż mnie zatkało. Dobrze, że siedziałam, bo z pewnością upadłabym… A do tego łezka zakręciła się w oku, wtedy i ja ją przytuliłam.

Nawet tego dnia, czyli wczoraj, poszła na zakupy. Nie tylko dla siebie, ale – i tu znów uwaga – i dla mnie.

Co prawda zawsze jest z nią mój syn, ale liczy się fakt, chęć, i ten balsam… :-)

Praca po nocach jest męcząca, wyczerpująca i stresująca. Taki w końcu wybrałam sobie zawód… nie mogę więc narzekać.

Ciężko jest patrzeć… zawsze było… jak umierają ludzie. Ale wielka radość, gdy zdrowieją. I tym się pocieszam, że każdego dnia, choć właśnie odszedł „mój” pacjent, to drugiego dnia uda nam się wygrać walkę ze śmiercią.

Szkoda tylko, że nie udało się to nam… mnie i mężowi.

Noce, te spędzone w domu, są nie do zniesienia. Może dlatego uciekłam w pracę? Nie wiem. Lecz wiem jedno, na pewno nadejdzie kolejny kryzys. Czuję go jak przez skórę. Póki co gram silną, lecz wszystko jest do czasu…

Na razie patrzę wysoko w niebo, mając świadomość faktu, że muszę twardo stąpać po ziemi, lecz podświadomie obawiam się iż „czarny” dzień kryje się za rogiem… Nie będę wtedy bujać w obłokach, jak się to potocznie mówi, o formie marzycielskiej, ale moje „bujanie” to będzie próba – a raczej  walka – z tym co pragnę, kontra tego, czego się obawiam.

Czy niebo istnieje naprawdę? To NIEBO. Czy on w nim jest?

Wiara? Czyżby jej we mnie zabrakło? Nie, ale tak bardzo pragnę wiedzieć czy jest bezpieczny, szczęśliwy…. i czy zerka od czasu do czasu na mnie…

Czy tęskni?

Bo ja bardzo… w każdej sekundzie…

Otaczam się nie tylko fotografami. Wyświetlacz telefonu komórkowego spogląda na mnie jego oczami… dzwonek, to jego do mnie skierowane słowa:

„Kocham Cię, tęsknię. Kruszynko, uważaj na siebie… Czekam w domku. Amorek”

Te słowa nagrał mi kiedyś na dyktafonie telefonu… Odkryłam je na dwa miesiąca przed jego śmiercią. Dziś są nośnikiem, w takim samym stopniu radości, co łez… I są dla mnie znamienne…

Odruchowo odpowiadam:

„Też ciebie kocham… Też tęsknię. I tak bardzo pragnę być z tobą „w domku”.

Wtedy właśnie mam nie tylko nad głową niebo, ale i pod nogami…

 

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Jak na karuzeli

z19499518IER,Samotnosc-szkodzi-zdrowiu--nie-tylko-psychicznemuDni sobie płyną. Jeden po drugim. Ot tak, między pracą, domem, a pracą. Dwa etaty mogą dawać się we znaki. I dają.

Relacje w domu? Lepsze.  Ale tylko troszkę – lepsze.

Czuję się bardzo samotna. Tęsknię za mężem. Smutno mi. Często płaczę. Często mówię do Niego, choć wiem że nie może mi odpowiedzieć, wierzę że mnie słyszy.

Niebo? Gdzie ono jest? To co nad naszymi głowami, to nie jest niebo. To kłębowisko chmur, to mocniejsze lub słabsze blaski dnia, czy granatu nocy. To nie jest NIEBO.

Dla mnie – osoby wierzącej – niebo istnieje naprawdę. Więc modlę się, rozmawiam, a czasem kłócę się z… Bogiem. Zasypuję Go gradem pytań. Pełno w nich żalu, niezrozumienia. Istna karuzela emocji… Póki co lecę w dół. I to głową prosto w otchłań. bez trzymanki.

Żałoba, to ciężki czas. Stan ducha, umysłu, a nawet ciała. A do tego muszę ułożyć… nie, nie tak… muszę wychować pasierbicę. Nauczyć Ją tego czego nie nauczono jej przez ponad trzydzieści lat. Prawdziwej odpowiedzialności, nie tylko ze siebie, ale i za innych. Egoizm, egocentryzm to dominująca cecha, z którą walczę. Np. dziś potrzebowałabym, aby to ona zrobiła mi drobne zakupy. Nie mam sił, czuję się zmęczona, i chora…. A to ona chciała, abym to ja jej zrobiła zakupy… gdy powiedziałam, że nie dam rady, że chętnie skorzystałabym z jej pomocy… wyszła… i to obrażona.

I tak nie pozostało mi nic innego jak głodować. Nie ruszę się z domu. Jestem naprawdę obolała. Mam tylko jeden dzień wolnego. Od jutra znów wpadam w maratony dyżurowe, i muszę podładować akumulatory, więc wolę nic nie jeść, jak mam wyjść z domu… Nie dam zresztą rady. Dopadła mnie gorączka, więc po prostu nie mam sił… A jak się okazało nie mogę liczyć na nią. Choć w przeciwieństwie do niej, ja zawsze byłam na każde jej zawołanie. Gotowa pomagać; robić z nią zakupy, jeździć po bankach itd… wszystko to co chciała, i kiedy chciała.

Kiedy ja potrzebuję… cóż… zostaję z niczym…. z pustą lodówką.

Pod wieczór ma podjechać do mnie syn. Ale będzie zbyt późno, aby zrobić zakupy… Dwudziesta z minutami to nie jest dobra pora na kupowanie, ale nie mam wyboru. Bo na nią niestety, jak widać, nie mogę liczyć.

Masakra… jeszcze wyszła obrażona z mojego pokoju… z tą swoją minką.

Czy ja naprawdę muszę z nią mieszkać? NIE. Jestem – po śmierci męża – jej ojca, wdową…wolną osobą. Ona jest pełnoletnia, równie wolna jak ja…

Ludzie w podobnej do jej sytuacji, radzą sobie. Ona – z czasem – też nauczyłaby się…. po prostu żyć. Żyć odpowiedzialnie. Jej rodzina wypięła się na nią… I to już dawno temu. Właśnie przez jej charakter; tak ciężki, a do tego same problemy z jej umysłem. A to anoreksja, a to epilepsja, a to próby samobójcze, a to złośliwość ponad miarę… więc umyli od wszystkiego ręce. Odsunęli się zaraz po śmierci jej mamy…. wiele lat temu. Tylko został jej ojciec… a teraz ja.

Nikt nie chce – jak to powiedziała mi jej ciocia – „takiego strupa na głowie”.

Ona nie jest dla mnie „strupem”, ale to prawda… bardzo ciężko dotrzeć do niej. Nauczyć podstaw koegzystencji. Egoizm, a do tego na wskutek epilepsji, ciągnącej się przez ponad 30 lat, jej mózg poniósł straszne spustoszenia. Stąd decyzja ZUS „niezdolna do samodzielnej egzystencji”. A psychiatrzy ocenili: „Lekkie upośledzenie umysłowe”.

I jak tu się na nią złościć? Mieć o cokolwiek pretensje? Skoro tak naprawdę mam z dzieckiem do czynienia, a nie z dorosłym człowiekiem…

I ja o tym wiem, ale czasem – i nią – czuję się - ZMĘCZONA!

Zmęczona – życiem… ot tak, po prostu.

Spoczywa na mnie cholerne zobowiązanie, które nigdzie nie spisane, urzędowo nie potwierdzone, wypływa jedynie z mojego poczucia obowiązku… i empatii.

Mąż odszedł, a ja lata temu wiąrząc się z nim wiedziałam z jakim „problemem” boryka się on, i cała jego rodzina. Rodzina, która po naszym ślubie odetchnęła z ulgą, i szybko oddaliła się na bezpieczną pozycję. A teraz zostałam SAMA… z obcą w sumie mi osobą, która do tego nie potrafi niczego docenić, ani zrozumieć.

Kiedyś ktoś z jej rodziny, pewna osoba, powiedziała do mnie:

„Nie jest pani św. Teresą, nie musi pani poświęcać się dla niej. Ona i tak tego nie doceni. Ma pani swoje życie… i niech pani ku temu podąża. A ją należy oddać do domu opieki. Tam jest jej miejsce.”

No i tyle w tym temacie. Wszystko jasne? Jasne.

Szkoda tylko, że nie wiedziałam tego dawnej, jak bardzo dysfunkcyjna emocjonalnie jest ta pseudo rodzina…

Czy postąpiłabym inaczej? Nie. Kochałam, i to bardzo męża, ale przynajmniej naprawdę wiedziałabym w co wchodzę… A tak? A tak dźwigam ciężar, który powoli mnie przytłacza.

Dlatego czuję się jak na karuzeli. Bo gdy uda mi się choć trochę odbić od dna… ona od razu ściąga mnie z powrotem…

 

Opublikowano Bez kategorii | 3 komentarzy

Oj, życie, życie… wkurzasz mnie

book-2124636__340Wszystko znów idzie nie tak. Nie tak planowałam ułożyć relacje z bliską mi osobą. Nie tak.  Chciałam być dla niej silna, odpowiedzialna… i taka byłam. Lecz co począć jeśli ktoś nie radzi sobie z emocjami? Ona nie radzi. Sięgnęła po sporą ilość tabletek… I oto mamy gotową próbę samobójstwa. Zareagowałam na czas. Uratowałam ją. Teraz mnie za to przeprasza, i choć nerwy mnie ponoszą, usiłuję zamaskować swoje emocje. Bo cóż dobrego przyjdzie mi z robienia jej awantury, wyrzutów? Nic. Czeka ją długie leczenie. Obecnie jest po dializie. Oczyszczano jej krew, uleczono ciało…. z czasem spróbują uleczyć duszę. Ale czy się uda? Tego nikt nie wie. Jak żyć pod jednym dachem z osobą, która (nie po raz pierwszy zresztą) usiłowała odebrać sobie życie? Naprawdę nie wiem. Nie umiem, i nawet nie chcę postępować z nią jak z przysłowiowym jajkiem, ale na pewno nie będę mogła być tak stanowcza, jak wcześniej. Stanowcza? Tak, bo zastępuję jej matkę… i ojca.  To nie jest łatwe zadanie.

Żal mi jej. Wiem, że czuje się z jednej strony osaczona przez życie, z drugiej, paradoksalnie, odrzucona. Brak akceptacji, izolacja w jakiej tkwiła latami spowodował u niej depresję, którą zamieniła na anoreksję. Bo jednym nad czym miała kontrolę to własne ciało. Tak szukała akceptacji. Myśląc pewnie, że, „jak będę zgrabna, szczupła, to mnie polubią”.

I nic z tego nie wyszło. Dziś będąc niemal 40 letnią kobietą, stała się jeszcze większym outsiderem niż w chwili, gdy miała lat naście… Ponieważ sama zaczęła się izolować od ludzi. Boi się ich. Boi reakcji.  Wciąż mimo „idealnej”sylwetki czuje się odrzucona, nieakceptowana. Ale prawda jest też taka, że główny nacisk kładła na wygląd zapominając, że to intelekt jest filarem naszej osobowości. Jej wypowiedzi są wypowiedziami kilkuletniej dziewczynki. Jej zdolność abstrakcyjnego myślenia jest na poziomie przedszkolaka, a zdolność konwersacji… na poziomie szkoły podstawowej… I tak oto maluje nam się obraz kobiety z „lekkim upośledzeniem umysłowym” – jak twierdzą psychiatrzy, obarczonej do tego chorobą neurologiczną od urodzenia. Nie wnikając w szczegóły, znam ludzi z tą chorobą funkcjonujących normalnie w społeczeństwie, mających rodziny…. a nawet kończących studia. A ona? Otóż toksyczna miłość rodziców, nadopiekuńczość uczyniła ją bezwolną, nie zdolną do samodzielnej egzystencji osobą.

Muszę stwierdzić, że po tym czego doświadczyła, jak bardzo ją skrzywdzono kierując się dobrymi intencjami, to i tak jest cholernie silna. Walczy po swojemu, nie poddała się, choć płaci do dziś za to sporą cenę. Musi żyć ze świadomością, że to jej rodzice uczynili z niej bardziej niedołężną, niż była nią w rzeczywistości. Musi im wybaczyć. Wybaczyć, bo ich kocha, bo kocha całym sercem. Czci pamięć, modli się z spokój ich duszy… A ja to rozumiem, szanuję.

Co nie oznacza, że nie wkurzam się na nich. Oni odeszli z tego padołu łez, a ja zostałam… Przejęłam osiem lat temu „pałeczkę”, opiekę nad nią. I w tym czasie pokazałam jej, nauczyłam, jak obsługiwać komputer, jak założyć konto w banku… jak po prostu żyć. Nie boję się jej choroby ani jednej, ani drugiej. Pozwalam jej żyć, jak nigdy przedtem nie żyła. Uczę ją wszystkiego od  – niemal – podstaw. Efekt super… Ale wystarczy moja jedna ostrzejsza uwaga, takie małe tupnięcie nogą, a ona już sięga po garść tabletek… I jak tu nie wkurzać się na… na życie. Bo przecież nie na nią…

Dlaczego mnie… ją, to wszystko spotkało, spotyka? Nie wiem.

Życie, naprawdę wkurzasz mnie. Innym dajesz wszystko, a drugim z dziką satysfakcją wszystko odbierasz…

Kto nam rozdaje karty? Kto pisze nasze scenariusze życia? Naprawdę śmiem wątpić, że my mamy wpływ na cokolwiek.

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Balast życia.

tapeciarnia.pl255770_dwie_mlode_sowki_laka_trawa.jpgTak sobie myślę, że fakt iż pracuję na A-R, że patrzę na ludzi którzy są na granicy… śmierci? życia?… hm, co to za życie? Że powinnam czuć się szczęśliwa. Że nie wolno mi kierować myśli na destrukcję, w sumie samo-destrukcję, a powinnam tryskać optymizmem. Słać uśmiechy na prawo i lewo…

Łatwo powiedzieć trudniej zrobić. Przecież wciąż mam przed oczami umierającego męża. I to z jakim trudem oddychał, jak w jego oczach pojawiła się bezsilność a później…? później  już nic w nich nie dostrzegałam. Stały się puste, choć serce biło. To wtedy powiedziałam – pamiętając jego prośbę, która również do dziś dnia rozbrzmiewa w moich uszach:

„Pozwól mi odejść”.

Nie mogłam pozwolić, dlatego odpowiedziałam:

„A ty byś mi pozwolił?”

Zapadła cisza… Lecz tej nocy, niemal przed 1, 35, w końcu powiedziałam:

„Nie mogę już patrzeć na to jak cierpisz. Proszę cię serduszko (tak przez osiem lat się do niego zwracałam) zrób w końcu tak, byś był szczęśliwy… wolny.”

Pięć minut później na moich rękach, wtulony w nie… wziął ostatni oddech. I zapadła cisza. Stał się wolny. Wolny od cierpienia, bólu. Wolny od życia.

Ten obraz, dźwięk ostatniego oddechu, wciąż drąży mój umysł i serce.

I w pracy też to widzę. Niestety zbyt często.

Co prawda odnajduję radość, gdy chorzy zdrowieją, gdy ich rodziny ze łzami w oczach całują blade ręce ukochanych; męża, syna, córki, żony… dziecka. A na nas patrzą jak na cudotwórców.

Z OCZU TYCH TAK SZCZĘŚLIWYCH LUDZI WRĘCZ BIJE POTĘGA WDZIĘCZNOŚCI, KTÓRĄ NAJPIERW SPONTANICZNIE KIERUJĄ POD NASZYM; PIELĘGNIAREK, PIELĘGNIARZY, ADRESEM… potem lekarzy… a czasem Boga.

Wtedy odnajduję siłę, znów zaczynam, i to za każdym razem, uświadamiać sobie dlaczego wybrałam – świadomie – pracę na takim A NIE INNYM – oddziale.

Ale jak uporać się z prywatną tragedią? Z ciszą, ze wspomnieniami?

Nie do końca potrafię. Nie potrafię zrozumieć. Nie znam odpowiedzi na zasadnicze nurtujące mnie od maja 2015 roku pytanie:

„Dlaczego nas to spotkało?”

I co dziwne… choć nie, nie dziwne, ale do zaakceptowania, choć nie do zrozumienia, to samo pytanie słyszę z ust odwiedzających, a czasem samego cierpiącego, chorego człowieka.

Nikt nie zna odpowiedzi. Ani wy, ani ja.

Praca pomaga mi oderwać się od tego co mnie boli, a zmusza bym skoncentrowała się na drugim człowieku. Gdy przestaję się liczyć – JA, wtedy jest dobrze. Zapominam. I o to chodzi, by zapomnieć.

Każdy ma takie chwile w swoim życiu, czasem ludzi, o których wolimy nie pamiętać. Kierujemy się różnymi powodami. Czasem, bo nas zraniono, obrażono, pomówiono, a czasem bo ktoś zafundował nam taką gamę negatywnych emocji, doznań, chwil, że w porywie gniewu, żalu potrafimy wykrzyczeć potworności. Klniemy, rzucamy mięsem, by sobie ulżyć…

A kogo ja mam obwinić o to co mnie spotkało? Kogo mają obwinić „moi” pacjenci, ich bliscy? Los? Boga? Przeznaczenie?

Dołująca jest myśl, że wydaje się nam iż mamy wpływ na nasze losy, że to my sterujemy życiem, a w konsekwencji zdarzeń okazuje się,  że tak naprawdę to mamy gówno do powiedzenia.

WYBORY? Cóż to znaczy?

Dokonując ich wydaje się nam, że władamy NASZYM czasem, że zespół decyzyjny leży w naszym toku rozumowania – ja też tak myślałam – teraz już nie myślę, a po prostu żyję. Żyję z przekonaniem, że to co ma się wydarzyć i tak się wydarzy. Że co zostało dla mnie „zaplanowane” stanie się, choćbym wlazła w najgłębszą norę. Wydarzy się ponieważ  - nawet fakt, że wlazłam w tę norę był już z góry ustalony, to część boskiego planu – przykra jest świadomość bycia marionetką…

Tak właśnie się czuję, tak pojmuję moją rzeczywistość.

Ale miło jest łudzić się, że mam na cokolwiek wpływ… Choć to również „zaplanowane” zostało przez… Boga? Los? Przeznaczenie?

Nieważne jakiej użyję nazwy… Jak nie ma znaczenia to, ile łez wyleję za mężem… Życia mu i tak nie wrócę. Winnego nie znajdę…

Chyba, że zacznę sobie zadawać pytania, siebie dręczyć, czy ja jako pielęgniarka, nie dostrzegłam w porę objawów? Dlaczego? Odpowiedź złożona, ale i ona niczego nie wyjaśni.

Dlatego uwolniłam myśl od poczucia winy, wystarczająco jestem zdołowana, nie potrzebuję dodatkowego balastu życia.

Ale potrzebuję jego… męża. Potrzebuję nadziei, wiary… i miłości. Potrzebuję magi płynącej z tych trzech słów, by móc znów żyć.

POTRZEBUJEMY TEGO WSZYSCY.

 

 

Opublikowano Bez kategorii | 2 komentarzy

Obalam mit.

wierzba-woda-drzewa.jpegI tak, dzień za dniem usiłuję odnaleźć spokój.

Zapomnieć? O nie, tego nie da się zapomnieć. To przeżywa się wciąż i wciąż od nowa.  Nie chcesz, bronisz się przed tym, ale nie dajesz rady. Wspomnienia ranią. Rzadko przynoszą ulgę. Czasem patrząc na nasze fotografie, zwłaszcza te z dnia ślubu mimowolnie uśmiecham się… Lecz już po chwili ocieram łzy. Żal dławi.

Jak opisać to co czuję? Jak oddać słowem tę pustkę ziejącą z każdego kąta domu? Opisać przytłaczającą ciszę?

Bywa, że wyobraźnia mnie wspiera. Odtwarzam nie tylko obraz męża, ale i Jego głos… śmiech. I znów łzy. To nieuniknione. To świadome, celowe zadawanie sobie bólu. A przecież zamiar był inny. Pragnęłam powrotu do czasów, gdy był obok, a niezamierzenie zadałam sobie ból.

Nie wspominać? Nie ma takiej możliwości. To silniejsze. To potężna potrzeba, która uruchamia się spontanicznie. Wystarczy gest, czyjeś słowo, spojrzenie… czy koszula męża w szafie. Tulę ją, chowam w nią twarz i znów… płaczę.

Minęło pięć miesięcy od Jego śmierci, dopiero. Ludzie powtarzają mi: „Na to potrzeba czasu”.

Nieprawda. Od śmierci mamy minęło pięć lat, a ból, żal, poczucie straty nadal tak samo boli. Nie wierzę w cudowną moc „lekarza czasu”.   To mit. 

Czasem, gdy siedzę otoczona pamiątkami; zdjęciami, nawet ubraniami męża, odczuwam lekki spokój… Trwa to kilka minut. Niestety tylko kilka minut, potem  łzy znów płyną po policzku. Żal dławi, odbiera oddech. Dusi.

Poczucie straty jest spotęgowane nie tylko tym, czego doświadczyliśmy w ostatnich miesiącach życia męża, ale również tym że (patrząc na sprawę trochę egoistycznie) straciłam wspaniałego męża. Bo przecież w końcu, po tylu przejściach, tylu zawirowaniach życiowych, gdy oboje myśleliśmy że nic więcej dobrego nas nie spotka, okazało się, że los się do nas uśmiechnął, że Bóg się ulitował stawiając nas na swoich drogach życia. A tu masz… śmierć miała inne plany. Wyznaczyła sobie datę, godzinę na to, aby pojawić się w naszym życiu nagle… Najpierw podstępem wniknęła w komórki męża niszcząc Jego świat marzeń, zdrowie… i po części moje. I w końcu wystarczyło jej tylko siedem miesięcy, by nas, jego, zniszczyć.

Czasem myślę, że nie tylko ona, śmierć, ale i On – Bóg nie wziął pod uwagę tego, że zabierając męża, uśmiercając Go, zabija coś we mnie.

Nie dramatyzuję, ale tak właśnie czuję…. Umieram każdego dnia, cząstka po cząstce…

Czy jestem samotna? Samotna wśród tłumów… Nie, nie jestem. Mam dzieci, mam pasierbów, ba! nawet zwierzaczki brykają w mieszkaniu, ale mimo tego czuję się samotna, choć nie sama.

Paradoks. 

Otoczona kochanymi i kochającymi ludźmi czuję się dotkliwie samotna…  I co gorsze, niewiele spraw daje mi radość. Nie umiem jej w sobie odbudować. Bo z czegóż mam się cieszyć? Czy fakt nowej sukienki ma nieść mi radość? Czy to, że udało mi się lepiej zarobić? A może z tego, że w TV leciała dobra, śmieszna, komedia? Bzdury! Totalne bzdury.

Jedyną radością jest fakt, że mam zdrowe dzieci, że zwierzaczki brykają radosne po mieszkaniu… a wszystko inne jest totalnie bez znaczenia. 

NA MARGINESIE.

W przeciągu niespełna pięciu lat straciłam nie tylko mamę, ale i dwójkę pasierbów, później męża, tydzień temu zaprzyjaźnionego „wujka”. Człowieka, który był przez ponad dwadzieścia lat wujkiem dla moich dzieci.

Jestem zmęczona opłakiwaniem… Zmęczona pożegnaniami… zmęczona widokiem śmierci.

Nie tylko dlatego, że spotkało mnie to, co spotkało, ale dlatego że wykonuję zawód wymagający ode mnie zbyt wiele… Pracuję na oddziale, na którym śmierć panoszy się co dyżur. Pracuję na Reanimacji i Anestezjologii. 

I muszę dawać radę… Muszę wytrzymać. Tylko jak? Coraz częściej zadaję sobie to pytanie.

I póki co nie znam odpowiedzi. Na razie po prostu żyję… ot tak, z dnia na dzień, z godziny na godzinę.

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , | Skomentuj

Witaj, w moim świecie…

105245_biala_wierzba_placzaca.jpgCzasem należy zacząć wszystko od początku. Bywa to kłopotliwe.  Trudne. Niechętnie zmuszam się do tego. Już sama myśl o tym mnie przeraża. Zaczynać wszystko o nowa? Cóż to znaczy? Nowa praca? Nie. Nowa znajomość? Także nie. Więc cóż to jest…? Niewiarygodne, lecz niemal wszystko, ponieważ muszę nauczyć się żyć bez najważniejszych osób w moim życiu; męża, który zmarł nie tak dawno na raka, i mamy…

Nie jestem dzieciątkiem, które bezradnie rozkłada rączki i płacze za mamusią… Co to, to nie… Ale czasem nie da się inaczej, naprawdę. Więc ryczę w poduszkę, bo mam dość, bo boli, bo czuję się jakbym znalazła się w otchłani. Naprawdę mam dość cierpienia, bólu… Kurczę, nawet wspomnienia bolą. Uwierzcie mi – bolą. 

I dlatego czasem tak właśnie się czuję, jak dziecko, choć jestem dorosłą kobietą, Kobietą, którą los (a może Bóg? – jak kto woli) wciąż wystawia na próby.

Jestem nimi zmęczona.

Jestem zmęczona tym, czego doświadczyłam w swoim pięćdziesięcioletnim (z kawałkiem, raczej małym) życiu.

Mężowie… tak, tak, nie pomyliliście się czytając… mężowie. Pierwszy zakochał się w mojej przyjaciółce, drugi nie mógł oderwać się od butelki… a trzeci? Bóg zesłał mi anioła… i co? I Go po ośmiu latach z kawałkiem… zabrał.

Nie wiem co myślał tak czyniąc. Jaki miał plan? Lecz wiem, że ja mam dość.

Bycie rozwódką było złe. Bolesne przede wszystkim i upokarzające, ale bycie wdową jest po prostu nie do zniesienia. To najgorszy z koszmarów jakiego doświadczyłam.  I doświadczam.

Ale najpierw oczywiście koszmar walki… Złudnej nadziei, że uda się pokonać raka…

Nie mogę zapomnieć  tego, co wraz z mężem poczuliśmy, pomyśleliśmy w chwili, gdy padła diagnoza: „Rak”. Tego nie da się opisać.

Ale spróbuję…

jutro…

 

Opublikowano Bez kategorii | Otagowano , , , , | Skomentuj